Strony

niedziela, 1 grudnia 2013

Salar del Tara - offroadowy raj

Ostatnim miejscem, które zdecydowaliśmy się zwiedzić jest Salar del Tara. Jest do najdroższa krajowa wycieczka dostępna na miejscu (ok.300zł). Mimo dość sceptycznych opinii na temat dojazdu decydujemy się to zrobić na własną rękę na motocyklach. Podobno motocykliści się tu nie zapuszczają. Podczas pierwszego podejścia mijamy nieoznakowany zjazd, maszerujemy godzinę po pustyni bez celu i dojeżdżamy do Argentyny. W drodze powrotnej za sprawą pomocnych turystów znajdujemy już właściwą drogę, lecz ilość pozostałego paliwa zmusza nas do powrotu. Po przejechaniu dziś 350km decydujemy się powrócić tam innego dnia.





Podczas drugiego ataku po pokonaniu 2000metrów różnicy poziomów dojeżdżamy do 101,5km drogi krajowej nr 23 i zjeżdżamy z asfaltu na szuter. Od tego momentu zaczyna się nasza zabawa – do Salaru del Tara nie prowadzi żadna droga. Wiemy tylko, że trzeba objechać wulkan lewą stroną i jechać mniejwięcej przez 35km. Staramy się jechać śladami jeepów, a czasami na czuja gdy te się kończą. Pierwsze kilometry prowadzi w miarę ubita ziemia między dość fantazyjnie uformowanymi skałami. Potem nasza trasa przechodzi przez piaszczystą pustynię by ostatecznie znów wskoczyć na już dość grząski pył z kamieniami. Po drodze motocykle pokonuje jedno wzniesienie i niestety trzeba zsiąść z koni i trochę im pomóc własnymi siłami. Madzik po 10km swojego pierwszego w życiu treningu enduro odpuszcza i decydujemy się kontynować wycieczkę już na jednej 125 we dwójkę. Jeden z motocykli decydujemy się zostawić na środku pustyni w nadzieji, że odnajdziemy go w drodze powrotnej. Od tego momentu pozostało nam już tylko zrobić 25km w jedną stronę na tym małym 11konnym pierdku. Droga jest dość ciężka i co chwilę rzuca nas na prawo i lewo. Przecinające się trasy jeepów nie ułatwiają nam zadania, a grawitacja dość intensywnie wystawia nas na próby. Po drodzę udaje zaliczyć nam się jedną glebę, z której zarówno my, jak i motocykl wychodzi bez obrażeń. Po 3h offroadu dojeżdżamy do celu. Naszym oczom ukazuje się Salar del Tara. Miejsce przepełnione kolorami zamieszkałe przez setki flamingów, na horyzoncie góry i pasące się guanaco. Na miejscu tylko parę terenowych pojazdów z garstką turystów. Wszyscy prawdziwi motocykliści zostali na asfalcie. 











Z racji tego, że robi się już późno, nie mamy czasu delektować się tym rajskim miejscem i po 30 minutach decydujemy się wracać. Tu zaczyna się zabawa. Po 10km jazdy czasem pod górkę zaczyna ostro wiać, co jest tu normą w godzinach póżno popołudniowych – oczywiście w mordę. Niestety ten fakt plus jazda pod górkę nie daje szans naszej maszynie. Musimy zsiąść i pchać bydlaka. Pchanie maszyny na wysokości 4500 metrów w grząskim gruncie nie należy do przyjemnych. Po kilkudziesięciu metrach przepychanki zatrzymuje się ostatni pojazd z turystami. Kierowca doradza by zostawić motocykl i wróćić po niego następnym dniem. Decyduję się cisnąć dalej, a Madzik kontynuuje wycieczkę do swojego motocykla w jeepie. Ja po radzie kierowcy wskakuję na trochę lepszy grunt i kolejne kilometry jadę już w pojedynkę. Po drodzę walczę jeszcze z jednym wzniesieniem, które daje mi nieźle popalić. Spotykamy się przy pozostawionym motocyklu i ostatnie 10km offroadu jedziemy znów na dwóch bajkach. Na ostatnim wzniesieniu motocykle znów nie dają rady i niestety jako jedynemu facetowi w naszej parze pozostaje mi przyjemność wepchania obu do góry. Na tej wysokości organizm męczy się dużo szybciej. Myślałem, że wyzionę ducha : ) Przed powrotem na asfalt jeszcze zaliczamy mały piknik i po pierwszych lekcjach offroadu w naszym życiu pozostaje nam już tylko 100km do domu na szczęście asfaltową drogą. 

Myślę, że zaliczyliśmy całkiem niezły trening przed kolejną trasą offroadową na salar Uyuni w Boliwii.



Sandboarding w Dolinie Śmierci i Dolina Księżycowa

Kolejną atrakcją San Pedro jest sandboarding w dolinie śmierci. Jazda na desce snowboardowej po piachu. Tu udaje nam się dogadać z właścicielem biura na zniżkę 50%. Umowa jest taka, że zamiast jechać z innymi turystami w busie, jedziemy własnym motocyklem. Droga do wydmy piaskowej jest dość kamienista i wyboista, co sprawia nam niezła frajdę. Po 15 minutach dojeżdżamy do celu. Każdy z nas dostaje swoją dechę i zaczyna się zabawa. 15Minut podchodzenia i 5 sekund zjeżdżania. Część osób ma deskę na nogach po raz pierwszy. W przeciwieństwie do jazdy po śniegu tu decha sunie dość wolno i deska z początku grzęźnie w piachu. Już po paru zjazdach zaczynam odczuwać niezłą frajdę. 






W cenie wycieczki jest również zwiedzanie Doliny Księżycowej. Miejsce podobnie do poprzedniego jest pełne formacji stworzonych przes skrystalizowaną sól i zwietrzały piaskowiec. Miejsce to było wykorzystywane przez NASA do testowania swojego łazika. W niektórych miejscach podczas zbliżającego się zachodu można usłyszeć strzelanie skał spowodowane zmianą temperatur. Na koniec wycieczki wdrapujemy się na jedną ze skał by podziwiać zachód słońca przy najpopularniejszym czilijskim drinku – Pisco Sour. 




Gejzer El Tatio

Na drugi strzał wybraliśmy Gejzer el Tatio – trzecie co do wielkości gejzerowisko na Ziemii. Pierwsze znajduje się w Parku Yellowstone w USA, drugie w Rosji. W El Tatio mamy 64 czynne gejzery. Na wycieczkę zdecydowaliśmy się wybrać z biurem z innymi turystami, tylko dlatego że gejzery znajdują się na 4300m n.p.m., a temperatura na tej wysokości przed wschodem słońca spada grubo poniżej zera. Gejzerowisko jest oddalone o 100km od San Pedro, wycieczka startuje o 4 nad ranem. Spektakl zaczyna się o wschodzie słońca, gdy na powierzchni panuje jeszcze minusowa temperatura i z gejzerów wydobywa się gorąca para, która tworzy spektakularne widowisko. Generalnie gejzery tworzą się, gdy podziemne wody gruntowe są podgrzewane przez znajdującą się pod nimi lawę. Woda zaczyna się gotować i tworzy się ciśnienie, które wypycha parę, czasem w wraz z wodą na powierzchnię ziemii. W El Tatio ciśnienie jest za małe i tylko jeden z gejzerów lekko podsikuje. 







W cenie wycieczki jest jeszcze śniadanie z jajami zagotowanymi w jednym z gejzerów i kąpiel w gorących źródłach, gdzie woda przekraczała 30 stopni. Całkiem przyjemna kąpiel, zwarzając na to, że temperatura powietrza oscylowała jeszcze w granicach zera.






W drodze powrotnej zaczliczamy jeszcze miasteczko Machuca, w którym pozostało już tylko 5 mieszkańców. Na miejscu udaje nam się skosztować mięsa z miejscowej lamy. 



 

Laguny Chaxa i Cejar

Na pierwszy strzał wybraliśmy dwie pobliskie Laguny – Chaxa i Cejar. Tutejsze laguny to takie oczka wodne, które nigdy nie wysychają. Chmury i wilgoć znad Pacyfiku wędrują wgłąb lądu i docierają nad rozgrzaną pustynię Atacama i Andy. Woda się skrapla i spływa po zboczach gór podziemnymi rzekami w kierunku pustynii. Tam w miejscach, gdzie tektonika na to pozwala tworzą się jeziora zwane lagunami. Nie wysychają ponieważ cyrkulacja wilgotnego powietrza ciągle trwa.

Na lagunie Chaxa mamy pierwszy raz w życiu okazję napotkać Flamingi w ich środowisku naturalnym. Ptaki te są dość sporymi łakomczuchami – w ciągu dnia ok. 17 godzin spędzają na jedzeniu. Ich głównym pożywieniem są maleńkie krewetki dochodzące do 1cm, dzięki którym flamingi zawdzięczają swoje różowe ubarwienie. Podobno im starszy flaming tym intensywniejszy kolor.








 
Laguna Cejar to jedna z nielicznych lagun w których można się wykąpać. Jest to idealne miejsce dla ludzi, którzy nie umieją pływać. Zasolenie laguny jest wyższe od tego w Morzu Martwym i sprawia że ciało na bezdechu i tak unosi się na powierzchni. 





San Pedro de Atacama

Jadąc do San Pedro de Atacama przemierzyliśmy setki kilometrów suchej pustynii, gdzie czasem ciężko było znaleźć miejsce, w którym można byłoby się schować przed słońcem. Dojeżdżając do do celu – ostatniej bramy do piekieł mieliśmy wizję miasta na środku pustyni, które będzie pozbawione zieleni. Nic bardziej mylnego , dojechaliśmy do zielonej doliny prawie miodem i mlekiem płynącej. Fauna i flora jest tu dość bogata. Samo miasteczko jest dość przytulne z małym rynkiem, kościołem i licznymi uliczkami wypełnionymi sklepami i restauracjami. Z uwagi na to, że San Pedro jest jedną z głównych destynacji Chile w mieście roji się od turystów i agencji turystycznych, które w ofercie mają liczne wycieczki. Właśnie przez ilość atrakcji turystycznych otaczających San Pedro zdecydowaliśmy się tu zostać ponad tydzień. Zakwaterowaliśmy się w przytulnym domu gościnnym Casa de la Musica, który poleciła nam polska para napotkana jeszcze w Satniago – Monika i Łukasz, którzy ponad 2 miesiące jeżdzą już po Ameryce Pd. Atrakcje będą opisane w następnych postach.