sobota, 15 listopada 2014

Villarica

Po kilku dniach spędzonych ze starymi znajomymi w Santiago odebraliśmy nasze motocykle i zaliczając po drodze naszą ulubioną miejscowość na wybrzeżu Concon ruszyliśmy na południe. 

Zaliczając po drodze kaskady Siete Tazas, gdzie udało nam się przybrudzić wreszcie nasze świeżo wypastowane maszyny i zaliczyć nocleg na zamkniętym jeszcze kampingu. Z racji tego, że wylądowaliśmy w Chile znów w listopadzie, większość kampingów jest jeszcze zamknięta, bądź prawie pusta. Sezon zaczyna się tu jakoś w Grudniu.


Jadąc chilijską Panamerikaną drogą numer 5 czujemy się jak na niemieckiej autostradzie. Dookoła nic się nie dzieje - same łąki i lasy, czasem tylko mijamy bramkę, na której trzeba płacić za przejazd. Drogi tu niestety nie są darmowe i mniej więcej co 100km musimy płacić około 4zł za motocykl. Po kilkuset kilometrach krajobraz wreszcie zaczyna się zmieniać i w oddali zaczynają pojawiać się wulkany z ośnieżonymi szczytami. Zjeżdżając z Panamerikany przejeżdżamy przez miejscowość Villarica i dojeżdżamy do miasteczka Pucon znajdującego się przy jeziorze Villarica i wulkanie o tej samej nazwie. Patrząc na architekturę miasta ma się wrażenie, że jesteśmy w jednym z Alpejskich miasteczek. Duży wpływ na to zapewne ma spora ilość Niemców, którzy przenieśli się do południowego Chile po 2 Wojnie Światowej.


Po nocy spędzonej na kampingu ruszamy motórami na zwiady pobliskich rejonów.  Dojeżdżamy pod same zbocze aktywnego wulkanu Villarica, z którego cały czas widać chmurę wydobywającego się dymu. Villarica jest wspaniałą atrakcją przyciągającą turystów przez cały rok. Zimą można korzystać ze znajdującego się u podnóży wulkanu ośrodka narciarskiego. Mimo, że na zboczach wulkanu zalega jeszcze gruba warstwa śniegu,  niestety zima się już skończyła i żaden z wyciągów nie jest już czynny. Można natomiast wdrapać się z przewodnikiem na szczyt wulkanu i zobaczyć z bliska co bucha w kraterze. Wchodzenie trwa około 5 godzin i kończy się zjazdem na dupolocie, snowboardzie czy nartach po zboczu wulkanu. Koszt takiej zabawy to jedyne 100 dolarów. My pocieszamy się tylko krótkim spacerem do górnej stacji wyciągu krzesełkowego. Na dole spotykamy grupę turystów, której ze względu na silny wiatr nie udało się zobaczyć co się gotuje w środku wulkanu.







Zaliczamy jeszcze polecone przez spotkanego przewodnika wodospady Ojos del Caburga i dojeżdżając do końca drogi trafiamy na jezioro Caburga z ładną plażą i widokiem na kolejny wulkan.





Pod koniec dnia spotykamy się z naszym znajomym z zeszłego roku i trafiamy na jego bajeczną farmę. Jadąc pół godziny za autem Geramana mijamy liczne wioski i pastwiska pełne krów. Z asfaltu zjeżdżamy na szutrową drogę by po kilku kilometrach jazdy wjechać na drogę wzdłuż której ciągną się po dwóch stronach pasy wysokich drzew eukaliptusowych. Wreszcie przy zachodzącym słońcu naszym oczom ukazuje się na wielkiej polanie dom Germana z aktywnym wulkanem Villarica w tle. Klimat jak z "Pożegnanie z Afryką".
Resztę wieczoru spędzamy przy grillu na polsko-hiszpańskich rozmowach i oglądaniu starych zdjęć. Nasz gospodarz jest ciekawą postacią i od 20 lat jeździ na tym samym motocyklu Honda Africa Twin. German pomalował go już parę razy, gdyż wychodzi z założenia "Nowy kolor - nowy motocykl" : D








MUCHOS GRACIAS GERMAN !!!

Następnego dnia pokonujemy ponad 300km, by wylądować w Puerto Varas, w którym spokojnie na leżakach planujemy wjazd na Caratere Austral - jedną z najbardziej malowniczych dróg w Chile.


2 komentarze:

  1. Ale masz długie włosy! !! Bomba!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodziłam do fryzjera, oszczedzalam na wycieczkę ;)

      Usuń