czwartek, 14 maja 2015

One night in Bangkok.

Lecąc z Kambodży do Birmy mamy przesiadkę w Bangkoku, do którego docieramy z rana i zostajemy na jedną noc. Do centrum miasta dostajemy się miejską komunikacją. Trafiamy na backpackerską ulicę Khao San, na której roi się od knajp, restauracji i hoteli. Nie brakuje też sklepów, w których można kupić wszystko, co turyście potrzebne. Mi akurat skończyły się japonki zakupione jeszcze w Peru w 2013 roku. Po znalezieniu noclegu ruszamy w miasto.




Na początek odwiedzamy wybudowany w 1782 roku Wielki Pałac. Rezydencja ta była siedzibą królów aż do 1925 roku. Dzisiejszy monarcha mieszka w innym pałacu, lecz ten wciąż jest używany podczas oficjalnych spotkań. Nie brakuje tu za to turystów, których jest od groma. Na teren kompleksu można wejść tylko w długich spodniach, a kobiety muszą mieć przykryte ramiona. Z racji posiadanych szortów jesteśmy zmuszeni wypożyczyć gustowne spodnie w słonie od miejscowej pani. Wejście na teren Pałacu to koszt 500 baht czyli jakieś 15 USD. Zdecydowanie to najdroższy królewski kompleks odwiedzony w ostatnich tygodniach, a zwiedzaliśmy takowe w Kambodży i Laosie. Każdy kolejny wydaje nam bogatszy. W Laosie zdecydowanie siedziba króla była najskromniejsza. Ta w Tajlandii zdecydowanie najbogatsza. Kompleks pełny jest złoceń i kolorowej mozaiki.







Na terenie kompleksu znajduje się makieta przedstawiająca miniaturowe Angkor Wat.











Trafiamy do Wat Pho, jednej z największych i najstarszych świątyń w Bangkoku. Na jej obszarze znajduje się 1000 posągów Buddy i najważniejszy złocisty,  długi na 43 i wysoki na 15 metrów Leżący Budda z głową podpartą na ręce. W świątyni znajduje się 108 zrobionych z brązu. Ich liczba nawiązuje do liczby doskonałych cech, jakie posiada Budda. Wrzucanie drobnych do wszystkich misek ma wspomóc mnichów w opiece nad świątynią i przynieść fortunę dla ofiarodawcy.  Oby tak było, bo tata Madzika się skusił.








Kolejną motorikszą przenosimy się do kolejnej świątyni. Trafiamy do świątyni Wat Traimit, w której to mieści się największy posąg Buddy zrobiony ze złota. Jego waga to 5500 kilogramów. Z czystego złota zrobione są włosy wraz z kokiem. Część głowy od czoła do podbródka to 80% złota. Im niżej tym gorzej. Ciało Buddy już tylko w 40% zrobione jest ze złota, co nie zmienia faktu, że wartość rynkowa Buddy to jakieś  250 milionów dolarów. Z posągiem tym wiąże się dobra historia. Nie do końca wiadomo kiedy i gdzie powstał. Prawdopodobnie było to w XIII bądź XIV wieku. W 1801 roku po ustanowieniu Bangkoku jako stolicę królestwa, tajski król postanowił przenieść wszystkie stare posągi Buddy ze niszczonych świątyń w z całego kraju do stolicy. Posąg przez długi czas był pokryty tynkiem i wędrował po Bangkoku między świątyniami. 25 Maja 1955 roku podczas przenoszenia "tynkowanego" Buddy do świątyni docelowej pękła jedna z lin nośnych i Budda upadł na ziemię odkrywając trochę swego wnętrza. Z Buddy odpadł kryjący go tynk w kilku miejscach odkrywając jego prawdziwą złotą osobowość.



Na koniec dnia wybieramy się jeszcze do dzielnicy Chinatown w Bangkoku. Jest to jedna z najstarszych dzielnic Bangkoku i jej historia sięga 1782 roku, w którym też powstało samo miasto. Dzielnica pełna jest małych sklepów i knajp.














Pod koniec dnia trafiamy na naszą ulicę, która ze spokojnej w dzień zamienia się w imprezownie pełną białych turystów. To chyba najgłośniejsza ulica na świecie, gdzie z każdej knajpy leci inna muza puszczona na full. Imprezownia większa niż na Ibizie, ale na próżno szukać tu miejscowych. Tych można znaleźć na równoległych ulicach w mniejszych knajpach.


Wieczorem żegnamy się z tatą Madzika, z którym podróżowaliśmy przez ostatnie 3 tygodnie. Spotykamy również naszego kumpla Ara, który podobnie jak my wylatuje jutro z Bangkoku. Aro leci do Australii, my tylko do Birmy : )


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz