czwartek, 2 kwietnia 2015

Luang Prabang

Do Luang Prabang w Laosie dostajemy się późnym wieczorem prosto z miejscowości Sa Pa w Wietnamie po 24 godzinnej podróży dwoma busami z jedną przesiadką. Całą podróż można zorganizować w Sa Pa w cenie 800000 VND, czyli około 40 USD. Można w ten sposób zaoszczędzić trochę czasu, jeśli nie ma się w planach lotu samolotem między Laosem a Wietnamem, a chce się ominąć ponowną wizytę w stolicy Hanoi.


Niewątpliwie jedną z największych atrakcji Luang Prabang jest poranna ceremonia dawania jałmużny mnichom.  Wraz ze wschodem słońca około 200 buddyjskich mnichów wyrusza ze swoich małych świątyń na główną ulicę miasta, by zgromadzić jedzenie na swój dzienny posiłek. Tradycja ta pochodzi z XIV wieku i do dziś jest kontynuowana przez miejscową ludność, która codziennie rano na rozłożonych matach w klęczącej pozycji oczekuje ze swymi żywnościowymi darami dla mnichów.

Wstajemy przed wschodem słońca o 5.30, by zobaczyć tą mającą kilkaset lat tradycję. Idąc główną ulicą miasta widzimy coraz większe grupy klęczących darczyńców oczekujących mnichów. Wśród miejscowych widać sporo turystów na klęczkach z przygotowanymi przez swoje hotele darami. Wiele osób zamiast z duchowej potrzeby siada tu, by zrobić sobie selfie z mnichami. Powagi miejscu odbierają również turyści sterczący z telefonami i aparatami zaraz przy głowach mnichów,  jak i busy wypchane turystami podjeżdżające w sam środek tłumu przy odbywającej się ceremonii.  Wśród mnichów idących za sobą gęsiego można też zauważyć małe miejscowe dzieci zbierające żywność dla swoich biedniejszych rodzin. Po zebraniu jedzenia do swoich dzbanów mnisi rozchodzą się do swoich świątyń, dzieci do swoich domów, turyści do swoich hoteli, a resztki jedzenia często lądują  w psich mordkach.










Zaraz po porannej ceremonii trafiamy na poranny market, na którym prócz warzyw można kupić grillowane rybki, plastry miodu, czy małe kurczaki w bambusowych klatkach.











W Azji na drogach często można znaleźć różne wynalazki takie jak skutero riksze, czy skuter z bocznym wózkiem.



Popołudniem wybieramy się w parę osób wynajętą rikszą do znajdujących się 29 kilometrów od Luang Prabang kaskadowych wodospadów Kuang Si Falls. Na swej drodze spotykamy wszędobylskich tu mnichów.



Przy wejściu do Parku trafiamy na ośrodek dla miejscowych miśków, które zdają się mocno walczyć z wysoką temperaturą i wilgotnością powietrza.




Po krótkim spacerze dochodzimy do wodospadów, w których chłodzimy się przy miejscowym browadze Beerlao.






Wieczorem wdrapujemy się po 130 stopniach  na szczyt wzgórza Pussy Hill, a dokładnie Phou Si Hill, z którego się rozciąga widok na całe miasto. Przez konary drzew i krzaków udaje nam się zobaczyć słońce zachodzące dobre kilkaset metrów nad horyzontem.


W nocy na głównej ulicy, gdzie z rana można zobaczyć ceremonię, rozkładają się stragany z tekstyliami i różnymi pamiątkami.



Nieopodal znajduje się nocny market, gdzie w cenie niecałych 2 USD można na talerz załadować tyle miejscowych smakołyków i przysmaków, ile dusza zapragnie.




W Luang Prabang warto również odwiedzić Pałac Królewski, w którym znajdujemy różne prezenty dla króla, w tym jeden z Polski. W mieście znajdują się też liczne świątynie.
















 

 



Na Mekongu w czasie pory suchej można również znaleźć mosty bambusowe. Na czas pory deszczowej, gdy rzeka przybiera na sile i wysokości mosty są rozbierane i następnie znów budowane w porze suchej.





Około godzinę drogi od Luang Prabang znajduje się jaskinia Pak Ou, której zwiedzanie już odpuszczamy. Jaskinia zwana również jaskinią Buddy słynie z licznych składanych w niej uszkodzonych posągów Buddy. Są tam składane, gdyż wyrzucenie niepełnosprawnego posągu na śmietnik mogło by przynieść nieszczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz