poniedziałek, 5 października 2015

Inle Lake

Nad drugie co do wielkości jezioro w Birmie - Inle Lake dojeżdżamy autobusem w środku nocy. Na przystanku ustawia się kolejka "taksówkarzy", z usług których skorzystali prawie wszyscy turyści. Zostajemy sami z inną parą na środku pustego skrzyżowania. Po chwili w mieście gasną wszystkie światła. Decydujemy się znaleźć z naszymi nowymi znajomymi ich zarezerwowany wcześniej hostel. Niestety okazuje się, że nie ma tam dla nas miejsca. Krążąc samotnie po mieście z czołówkami na głowach trafiamy do hostelu Gypsy, w którym miły pan po kilku minutach oczekiwania wreszcie otwiera drzwi. Bez namysłu decydujemy się zostać i płacimy za dzisiejszą noc jedynie połowę ceny z racji późnej pory ; )




Następnego dnia przeziębiona Madzik zostaje w pokoju, a ja ruszam w miasto z buta, odwiedzając przy tym miejscowy targ. 






Koło południa wypożyczam rower, by przejechać się popularną wśród turystów trasą. Odcinek do pokonania wynosi niecałe 25 km, a mniej więcej w połowie trzeba skorzystać z przeprawy "promowej". Już na początku wycieczki poznaję dwóch braci z Niemiec, z którymi spędzam resztę dnia. Pierwsza połowa trasy prowadzi wzdłuż pól ryżowych, na których pracuje miejscowa ludność i łąki, na których wypasa się bydło. Po drodze łapiemy jeszcze kilku rowerowych turystów i dojeżdżamy do wioski, w której w kilka osób wraz z rowerami łapiemy transport na drugi brzeg jeziora. To popularna trasa i raczej nie ma problemu ze znalezieniem łódki. Po drugiej stronie dopływamy do długiego drewnianego pomostu, który prowadzi wgłąb lądu. Droga z ubitej ziemi przechodzi w kamienną i w końcu zaczyna się asfalt. Właśnie tu możemy zobaczyć, jak ludność z wioski pracuje wspólnymi siłami przy budowie drogi. Faceci kilofami rozwalają większe kamienie i układają je na drodze. Kobiety na głowach w miskach przenoszą mniejsze kamienie i wysypują je w szczeliny. Na darmo tu szukać wielkich maszyn, wszystko idzie do przodu jedynie z pomocą wspólnej pracy i siły mięśni. Atrakcją po tej stronie jeziora jest mieszcząca się na wzgórzu winiarnia. Przy lampce wina wśród masy innych turystów można obserwować tu zachodzące nad jeziorem słońce. Po zachodzie jeszcze kilka kilometrów pedałowania i zataczając kółko dojeżdżam wieczorem do hostelu.



























Następnego dnia już z Madzikiem, niemieckimi braćmi i jeszcze jednym turystą bierzemy z samego rana łódkę z naszego hostelu i ruszamy na całodzienną wycieczkę po jeziorze Inle Lake. Wycieczka pełna jest atrakcji. Co chwilę mijamy jakieś łódki wypchane różnymi towarami i turystami, bo tych jest tu sporo. Niewątpliwie największą atrakcją jeziora są miejscowi rybacy wiosłujący przy pomocy jednej nogi i ręki. Balansując ciałem drugą wolną rękę wykorzystują do operowania wielkim koszem, przy pomocy którego łowią ryby. Kosz taki zarzucany jest na rybę, a gdy ta znajdzie się w środku rybak przy pomocy kija zakończonego szpilą wyciąga nabitą zdobycz przez otwór mieszczący się na górze kosza.



Na jeziorze odwiedzamy targowisko, klasztor, pływające ogrody i kilka zakładów rzemieślniczych. W jednym mężczyźni wytapiają srebro na biżuterię, w innym kobiety skręcają cygara. Jeszcze indziej w szwalni kobiety wyrabiają jedwabne materiały. Mamy okazję zobaczyć jak pozyskiwana jest cienka nić z łodygi kwiatu lotosu. Przy każdym zakładzie mieści się sklep, w którym można zakupić ręczne wyroby. Do zakładów zazwyczaj dostajemy się płynąc wąskimi i płytkimi kanałami. Często w takich miejscach spotkać można ludzi, którzy przy pomocą łopat pogłębiają dno wyrzucając zalegający muł.





W jednym z zakładów spotykamy kobietę z plemienia Paduang. Kobiety zwane również żyrafami słyną z długich szyi. Już jako małe dziewczynki ich szyje zostają przyozdabiane metalowymi spiralami. Z wiekiem długość spirali się wydłuża i dodawane są kolejne zwoje. Szyje kobiet  z plemienia Paduang wydają się długie, jednak w rzeczywistości jest to tylko złudzenie spowodowane obniżeniem się barków, pod ciężarem uciążliwej biżuterii, której waga dochodzi nawet do 8 kilogramów. Z wiekiem mięśnie szyi zanikają i kobiety są już dożywotnio skazane na swoją plemienną odznakę.












Na koniec dnia w naszej wiosce jesteśmy świadkami odbywającej się ceremonii przejścia shinbyu, w której młodzi chłopcy z buddyjskich rodzin w Birmie są wysyłani do klasztorów. 
Więcej o tej ciekawej tradycji można przeczytać tu .




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz