piątek, 28 marca 2014

Bogota

Wjeżdżamy do Kolumbii - piątego już kraju podczas naszej wycieczki. Na granicy standardowa procedura. Innowacją na wjeździe jest to, że pan pogranicznik wyczyścił nam każdy z motocykli, w miejscu gdzie znajduje się numer ramy. Nałożył tusz na wyczyszczone miejsce, po czym zrobił odbitkę taśmą klejącą, którą przykleił potem na kopię dokumentów. Na innych granicach po prostu robili zdjęcia tych miejsc i tablic rejestracyjnych. Podczas załatwiania papierkowej roboty wokół naszych motocykli zbiera się spora grupa policji, która z uśmiechem wita nas w kraju : ) Już na pierwszy rzut oka ludzie wydają się milsi i bardziej uśmiechnięci niż gdziekolwiek indziej. Przed odjazdem dostaliśmy jeszcze informację o tym, że musimy wykupić obowiązkowe ubezpieczenie na maszyny, którego nie obejmuje nasze wykupione wcześniej w Chile międzynarodowe. Po kilku  nieudanych próbach zakupu miesięcznego ubezpieczenia odpuściliśmy tą opcje i decydujemy się jechać bez.

Z racji tego, że granicę przekroczyliśmy dość późno już po kilkudziesięciu kilometrach szukamy noclegu. Nagle przed oczyma wyrasta nam motel. Dla nas jest to pierwszy nocleg w Kolumbii, pan dozorca dość mocno zachęcił nas ceną i parkingiem. Zostajemy skierowani do jednej z wielu bram. Miejsce z pozoru wygląda jak garaż. Za bramą poza miejscem dla motocykli kryje się wejście do pokoju. Decydujemy się zostać, po czym pan z uśmiechem na twarzy zamyka nam bramę z zewnątrz. Nie ma opcji wyjścia od środka, jest za to telefon i obsługa 24h/dobę. Dość mocno zaskoczeni  zamknięciem nas w klatce wchodzimy do pokoju i odkrywamy resztę tajemnic. W pokoju znajduje się prywatna toaleta, duże łożę z ceratą pod prześcieradłem, obok lustro i barek i alkoholami, gumami do żucia i prezerwatywami. Po chwili znajdujemy cennik na ścianie i z lenistwa odpalam telewizor, w którym od razu włącza się kanał dla dorosłych : ) Mieliśmy już okazję nie raz spać w Ameryce Południowej w hostelach , gdzie miejscowi wynajmowali pokoje na godziny, a zza ścian słychać było zdrowe łupotanie. Jest to najtańsza i najłatwiejsza opcja dla "młodych par", którym ciężko się jest rozerwać w pełnym ludzi rodzinnym domu, w którym mieszkają dość długo.Pierwszy raz jednak znaleźliśmy się w miejscu, gdzie ktoś zamknął nas od zewnątrz, jak w klatce. Po skorzystaniu z telefonu, dowiedzieliśmy się, że doba hotelowa kończy się o niezbyt przyzwoitej porze, a mianowicie o godzinie 6 rano : ) Z racji tego zaliczyliśmy pobudkę o 5 rano, by przed czasem uciec z gniazdka i ominąć dodatkowe opłaty. Ruszamy w stronę Bogoty.


W drodze do Bogoty kierujemy się trasami wyznaczonymi przez mapy w telefonie. Mniej więcej dopiero rok temu rząd kolumbijski udostępnił mapy dla Google Maps. Z racji tego droga czasem nas zaskakuje i zamiast drogi szybkiego ruchu lądujemy na takiej bez asfaltu,  z której z racji braku czasu musimy zawrócić. Problemem na południu Kolumbii z jakim się spotkaliśmy są osuwiska ziemi. Zdarza się, że ziemia, bądź głazy spadają na drogę, lub sama droga się obsuwa w dół. Jeśli jest to główna droga problem rozwiązywany jest nawet w kilka godzin, jednak drogi poboczne potrafią być doprowadzone do stanu używalności nawet po kilku dniach.  Po za tym bardzo podobają nam się kręte drogi, które wiją się wśród bujnej zieleni - można by rzec, że to istny raj dla motocyklistów ! Po drodze mijamy wiele kontroli policyjnych i strażnic wojskowych. Często przy drogach można zauważyć wojskowych, którzy wyciągniętym w górę kciukiem pokazują, że droga jest bezpieczna i można spokojnie jechać.


W Bogocie lądujemy po jakiś 900 kilometrach krętych dróg i dwóch noclegach zaliczonych po drodze w miejscowościach Popayan i Ibaque. Po dotarciu na miejsce znajdujemy hostel Fatima w dzielnicy Candelaria - najstarszej w mieście dzielnicy z kolonialną zabudową. Niestety na nasze nieszczęście w czasie naszego pobytu odbywają się wybory i dużo miejsc i muzeów jest zamknięte. Nie udaje nam się z tego powodu wejść do podobno najciekawszego tu muzeum złota. To już chyba 3 lub 4 państwo, w którym trafiamy na wybory. W dzień wyborów jest zakaz sprzedaży alkoholu. W Ekwadorze prohibicja trwa już na 48 godzin przed. Mimo to udaje nam się, jako niegłosującym gringo kupić potajemnie rum w sklepie. Nie pozostaje nam nic innego jak pokręcić się po mieście. W dzielnicy jest dość sporo kolorowych prac na ścianach. Organizowane są tu nawet wycieczki szlakiem miejscowego graffiti. Z racji tego, że w dzielnicy mieści się sporo rządowych budynków, jak i pałac prezydenta można zauważyć wszechobecną policje i wojsko. Trafiamy na jedną z ulic, na której podpatrujemy trochę miejscowych zwyczajów. W Kolumbii często na ulicach można spotkać minutos. Są to miejsca, w których można odpłatnie skorzystać z telefonu komórkowego, który często zawieszony jest na łańcuchu, płacąc za wydzwonione minuty. Trafiliśmy też na swego rodzaju uliczne bingo. Jego główną atrakcją są stojące w rzędzie świnki morskie, które co jakiś czas biegną do oznaczonych numerami domków.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz