środa, 1 stycznia 2014

Rurrenabaque - święta w Pampas

Z La Paz decydujemy się wybrać na wycieczkę do Rurrenabaque - miejscowych Pampas oddalonych o jakieś 450km od miasta. Jeszcze w La Paz w miejscowym biurze wykupujemy 3dniową wycieczkę za 550boliviano. W cenie zapewniony jest nocleg, wyżywienie i przewodnik. Dojazd na miejsce trzeba zorganizować sobie na własną rękę. Można to zrobić na parę sposobów. Najtańszą opcją jest lokalny autobus za 120 boliviano w jedną stronę, który jedzie ok. 20 godzin. Drugą droższą, ale też i dużo szybszą opcją jest lot samolotem za 600boliwiano, który trwa 40minut. My z decyzją zwlekaliśmy do ostatniej chwili, bo byliśmy wstępnie umówieni na tą wycieczkę ze spotkaną wcześniej parą z Niemiec podróżującą wynajętym autem 4x4. Ostatecznie udało nam się spotkać naszych znajomych i do Rurrenabaque dostaliśmy się autem w niecałe 12godzin jazdy zaliczając jeszcze jeden nocleg po drodze. Z racji tego, że droga do Rurrenabaque prowadzi przez drogę śmierci, na której Rene i Isabella jeszcze nie byli, udaje nam się zaliczyć tą trasę jeszcze raz, tym razem jednak samochodem. W porównaniu do wcześniejszej wycieczki motocyklowej ta jest pełna wrażeń i adrenaliny. Parę razy zdarza się nam jechać na krawędzi i niejednokrotnie musimy mijać się z autami jadącymi w przeciwnym kierunku. Jednak nie taka pusta ta droga i bezpieczna jak wcześniej nam się wydawało. Droga do Rurrenabaque jest dość wyboista, czasami pełna błota, czasami niespodziewanie pojawiają się roboty drogowe lub z ciemności wyjawia się pies czy koń. Na niektórych odcinkach droga bywa też zamknięta dla ruchu na parę godzin. 










Do Rurrenabaque dostaliśmy się późną nocą, gdzie zaliczamy nocleg przed wycieczką. Następnego dnia o 8 rano stawiamy się w biurze Fluvial i okazuje się, że niestety nie ma miejsc dla naszych znajomych. Z racji tego decydujemy się przełożyć planowany powrót i wycieczkę o jeden dzień. Nasz dodatkowy nieplanowany wolny dzień decydujemy się spędzić wspólnie na miejscowym basenie, który działa dość kojącą przy temperaturze 30 stopni i wilgotności przekraczającej 90%. Dodatkową tutejszą atrakcją jest wielka papuga i Tukan pijący mi wodę z ręki : )




Naszą właściwą wycieczkę zaczynamy kolejnego dnia, gdzie z rana poznajemy naszego kierowcę i przewodnika Juana, zwanego też Pumą oraz 5 turystę Tomoki z Japonii. Na początek zamiast do jeepa wsiadamy do starej Toyoty z oponami jak balony. Podczas samochodowej wycieczki mamy przyjemność zobaczyć wielkiego zdechłego Kapibara okrążonego już przez spore stado sępów. Po 3 godzinach jazdy po wybojach z wymianą koła po drodze dojeżdżamy do rzeki. Tu przesiadamy się do łódki i płyniemy jakieś dwie godziny do naszego ośrodka, w którym spędzimy kolejne dwie noce mijając po drodze niezliczoną ilość ptactwa, żółwi, aligatorów i różowych delfinów i małp. Udaje nam się również zobaczyć odpoczywającego na drzewie mrówkojada. Cały ośrodek, to parę domków na palach z dormitoriami, toaletami i jadalnią, które są połączone pomostami zawieszonymi ponad 1 metr nad ziemią. Ma to sens, gdyż dookoła kręcą się czasem aligatory, czy kajmany.












Tego samego dnia zaliczamy jeszcze nocną wycieczkę łódką, gdzie w ciemnościach przy pomocy latarek wypatrujemy na brzegach rzeki czerwonych ślepiów aligatorów. Jest ich dookoła cała masa. W pewnym momencie dobijamy do brzegu i nasz przewodnik na bosaka wybiega z łódki, wchodzi w krzaki i już po chwili wraca na pokład z małym kilkumiesięcznym aligatorem. Madzik ma okazję nawet małego potrzymać w rękach do czasu aż też zaczyna piszczeć i przewodnik oznajmia, że to już czas zwrócić małego na łono natury, gdyż zaraz pewnie pojawi się jego mama, którą właśnie wzywa. Dzień kończymy gawędząc z przewodnikiem do późnej nocy przy butelce fernetu i liściach koki. Mi udaje się nawet heftnąć dwa razy i spaść metr w dół z pomostu - piękny wieczór : )




Drugiego dnia wycieczki w dzień wigilii przyodziani w kalosze wybieramy się na miejscową podmokłą polanę na polowanie na anakondy, które tutaj osiągają długość około 4 metrów. Niestety po 2 godzinach brodzenia w błocie jedyne co udaje nam się zobaczyć, to motyle, żabie jaja,konie, jeden orzeł  i dwa biegające strusie. 




Tego samego dnia po posiłku wybieramy się na łowienie piranii.Po drodze Juan wypatruje na drzewie leniwie zwisającego Leniwca. Łowimy na mięso, które sprytnie jest podjadane przez małe rybki. Ciężko coś tu złowić. Poza przewodnikiem jedynie Madzikowi udało złowić się żarłoczną piranię na świąteczną kolację. 


Dzisiejszy wieczór kończymy w pobliskiej knajpie z miejscowymi i 3 innymi turystami z innej wycieczki. Z racji świąt w wieczór wigilijny na Pampas znajduje się z nami włącznie tylko 7 turystów. Może to i dobrze, bo po krótkiej rozmowie z dwoma Australijkami i Niemcem uciekliśmy wraz z naszymi znajomymi na pobliską łąkę słuchać rechotania żab i odgłosów świerszczy, których wydawało się być dookoła miliony. Przed północą zaliczamy jeszcze ostatni posiłek tego dnia i wszyscy o północy składają sobie życzenia - czujemy się trochę jak w noc sylwestrową. Do domu wracamy znów łodzią, która jest tu dla nas jedynym środkiem transportu. Płyniemy na silniku w totalnych ciemnościach oświeceni jedynie światłem gwiazd, których dziś na niebie jest cała masa. 

Trzeciego ostatniego dnia wycieczki zaliczamy jeszcze kąpiel w rzece z różowymi delfinami. W rzecze pełnej krokodyli i piranii są miejsca, gdzie można się bezpiecznie kąpać. To właśnie te odcinki rzeki, w których stacjonują różowe delfiny, których boją się aligatory. Po pół godziny szukania udaje nam się znaleźć takie miejsce i większość z nas decyduje się na kąpiel. Niestety delfiny niewzruszone naszą obecnością nie wydają się być skore to zabaw. Po tej zabawie wracamy do ośrodka zgarnąć plecaki i po godzinie płynięcia łódką i 3 godzinach jazdy autem bogaci w nowe doświadczenia  znów znajdujemy się w Rurrenabaque, gdzie zostawiliśmy wypożyczony przez naszych znajomych samochód.









Ostatniego ranka w Rurrenabaque żegnamy się z naszymi znajomymi i o 6 rano wsiadamy w busa, którym dojeżdżamy do miejscowego lotniska. Tu wsiadamy do małego samolotu mieszczącego 19 pasażerów i 2 pilotów by już po 40 minutach od wylotu i przelatując nad Andami, a nawet zaraz obok najwyższych szczytów znaleźć się w La Paz.






Jeśli ktoś kiedyś wyląduje w Rurrenabaque to z pewnością polecamy biuro Fluvial z najlepszym przewodnikiem na świecie Juan Pumą i kucharką Rositą serwującą najlepsze dania w Pampas.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz