środa, 26 lutego 2014

Baños

Pierwszym miejscem w Ekwadorze, w którym się zatrzymaliśmy na jedną noc było miasto Cuenca. Głównym powodem przyjazdu było odwiedzenie biura linii lotniczych LAN, gdzie wreszcie udało nam się kupić bilety na wymarzone wakacje na Galapagos : ) Miasto niczym szczególnym nas nie zachwyciło, po krótkim spacerze po starym mieście i odwiedzeniu nowej katedry, w której znajduje się pomnik Jana Pawła II ruszyliśmy dalej w stronę Baños.

Baños to mała miejscowość u podnóży wulkanu Tundurahua. W Baños znajdują się  źródła  termalne, w których mieliśmy okazję odpoczywać jednego wieczoru, dzięki którym miejscowość odziedziczyła swą nazwę. Baños w dosłownym tłumaczeniu z języka hiszpańskiego oznacza łaźnię. Miejscowość jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Ekwadoru, w której można spróbować swych sił w różnych dziedzinach sportu, takich jak; rafting, spływ kajakiem, jazdę rowerem lub na koniu, wspinaczka czy skok do rzeki z mostu. Dodatkową atrakcją dla nas stał się wulkan, który od 1999 wznowił swoją aktywność,  od 2013 zaliczył kilka większych erupcji, z których ostatnia miała miejsce 2 dni przed naszym przyjazdem.

Erupcję wulkanu mieliśmy okazję obserwować już nocą podczas dojazdu do Baños. Ja byłem przekonany, że na szczycie wulkanu znajduje się wieża z czerwonymi światłami ostrzegającymi samoloty, Madzik myślała że to zachodzące słońce. W rzeczywistości mieliśmy szczęście obserwować wylewającą się z krateru wulkanu lawę. Następnego dnia wybraliśmy się na jeden z punktów widokowych w mieście, by bliżej przyjrzeć się zjawisku. Na tą okazję wybraliśmy się pod wieczór na Casa de Arbol - domek na drzewie, z którego zwisa pokaźna huśtawka. Punkt znajduje się zaledwie 2,5 km w linii prostej od aktywnego wulkanu. Do domku wybraliśmy się dwa razy, niestety lawy już nie zobaczyliśmy. Za każdym razem jednak mieliśmy okazję słyszeć potężne grzmoty towarzyszące erupcji. Wulkan jak szalony wyrzucał kłęby pyłu na ponad 100 metrów w górę. Po czasie pył opadał zakrywając cały widnokrąg, 

Więcej o erupcji wulkanu Tundurahua można poczynać na stronie:
Można również śledzić obraz z kamer na stronie:




Na miejscu udało nam się zaliczyć również rafting. Wycieczkę zarezerwowaliśmy noc wcześniej dowiadując się jedynie, że rzeka ma stopień trudności 3+, a czasem 4 w 6 stopniowej skali. Po sprawdzeniu oznaczeń trudności na stronie http://www.ekstremalne.pl/article,id_238.html już wiedzieliśmy, że to dobre miejsce na rozpoczęcie przygody z tym sportem przez takich raftingowych żółtodziobów jak my : ) Na nasze szczęście trafiliśmy na super przewodnika, który na pontonie wykonywał większą część roboty dając nam głównie rozkazy, które wcześniej objaśnił. Jak widać na zdjęciach walczyliśmy zacięcie z rzeką podczas, gdy nasz mistrz się całkiem nieźle bawił. Rafting przerósł nasze najśmielsze oczekiwania i nie raz nieźle nami zakręciło. Z naszego pontonu nawet dwa razy udało się wylecieć towarzyszącemu nam Niemcowi. Niestety podczas mojej próby pomocy "koledze" do rzeki wpadła nasza kamera Go Pro wraz ze zdjęciami i filmami ze spływu.. Z tego też powodu jedyne zdjęcia jakimi dysponujemy to te robione przez agencję. Z wycieczki wyniosłem jednak poważną szkołę na całe życie, aby już nigdy nie pomagać Niemcowi : )
















Przed samym wyjazdem z Baños mieliśmy wreszcie okazję spróbować świnki morskiej, która zarówno tu, jak i w Peru jest w górach miejscowym przysmakiem. W smaku niewiele różni się od kurczaka, jednak mało jest w śwince mięsa. Większość "potrawy" stanowią kości i gruba, ciężka do pogryzienia skóra. Myślę, że była to nasza pierwsza i ostatnia świnka na talerzu. 



2 komentarze: