piątek, 28 lutego 2014

Galapagos - Isabela

Na wyspę dostaliśmy się z Santa Cruz za 30$/osobę. Na miejscu zamieszkaliśmy u przemiłej pani prowadzącej miejscową pocztę i 3 pokojowy hostel Mother Fanny. W cenie 25 dolarów mieliśmy świeży pokój z klimatyzacją, lodówką i łazienką. Ciężko znaleźć tańszy 2 osobowy pokój na Galapagos. Obiady jadaliśmy zazwyczaj razem z lokalnymi w knajpie Tropical, gdzie dwudaniowy posiłek wraz z napojem kosztować 4,5 dolara. 


W mieście znajduje się plaża, której mała część opanowana jest przez iguany morskie, a także najbardziej odjechany kościół w jakimkolwiek byliśmy. Jezus lata pod palmą, na ołtarzu znajduje się żółw, obrazy przedstawiają krajobrazy wyspy, a w witrażach zamiast świętych są miejscowe zwierzęta. Elewacja kościoła przedstawia czarne skały i biały ocean z falami.










Pierwszą wycieczkę na Isabeli zaliczyliśmy z poznanymi jeszcze na Santa Cruz Grzegorzem z Polski i jego dziewczyną Leną z Ukrainy. Na rowerach (2$/godzinę) postanowiliśmy się wybrać do ściany płaczu zaliczając po drodze ciekawe plaże i inne miejscówki. Z racji tego, że dość późno zaczęliśmy i zastał nas zmierzch do celu nie zdołaliśmy dojechać. Madzik daleko na skałach wypatrzyła długo poszukiwanych przez nas endemicznych ptaków z niebieskimi łapami – blue boobies.










Zdołaliśmy dojechać do kolejnego ośrodka hodowli żółwi gigantów, w którym dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy i mieliśmy okazję zobaczyć miesięczne osobniki. Na całym świecie przeżyło tylko 12 gatunków żółwi gigantów i wszystkie z nich mieszkają na Galapagos, z których aż 5 żyje na Isabeli. W ośrodkach na różnych wyspach są hodowane różne gatunki. Samce są zdecydowanie większe od samic i ich ogony są też dłuższe. Żółwie giganty składają od 6 do 14 jaj w wykopanej wcześniej dziurze w miejscu z odpowiednią temperaturą , po czym obsikują i przysypują gniazdo, po czym je opuszczają. Młode wykluwają się po około 160 dniach i potrzebują mniej więcej 30 dni by dokopać się do powierzchni ziemi. Idzie to szybciej, gdy wszystkie współpracują. Podczas tego okresu niemowlaki nie mają nic do picia i jedzenia, a całą energię czerpią z zapasów zawartych w ich ciałach. Po dostaniu się na powierzchnie młode muszą radzić sobie już same i czyha na nie wiele zagrożeń ze strony innych zwierząt. Z tego też powodu powstały ośrodki hodowli na różnych wyspach i w dzisiejszych czasach już żadne żółwie nie rodzą się w dziczy. Jaja podkradane są z gniazd przez pracowników ośrodków i muszą być transportowane w takiej samej pozycji, w jakiej zostały znalezione, w przeciwnym wypadku embriony mogą umrzeć. W ośrodku mieliśmy okazję zobaczyć osobniki mające przynajmniej 150 lat, a także te miesięczne.



Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę na wulkan Sierra Negra, który posiada drugi największy kratek na świecie o średnicy 10 kilometrów. Normalna wycieczka treckingowa to koszt 30 dolarów za osobę. My postanowiliśmy trochę dołożyć i zrobić to pierwszy raz na koniach. Początkowo z resztą turystów zostaliśmy podwiezieni ciężarówką, po czym grupa została rozdzielona na spacerowiczów i jeźdźców konnych. Okazało się, że na koniach towarzyszyła nam para ze Szwajcarii. Konie jechały, jak chciały chociaż dobrze drogę znały. Koń Madzika walczył z moim i ciągle zachodził mi i mojemu koniowi Loco drogę. Trzeci z koni co chwilę jadł i właściciel co chwilę musiał krzyczeć "no comer"(nie jeść). Konie co chwilę się ślizgały i suma sumarum szliśmy mniej więcej podobnym tempem, co reszta spacerowej grupy. Dużym plusem było jednak to , że siedzieliśmy dość wysoko i mieliśmy lepsze widoki, a było na co patrzeć, bo jechaliśmy na obrzeżach krateru. Po 6km jazdy wreszcie zeszliśmy z koni, by ostatnie 2km przejść już na nogach po polach zastygłej już lawy. Po drodze mijaliśmy różne dziwne formy, jakie przybrała zastygająca lawa. Widzieliśmy zastygłe fale i tunele, które tworzą się gdy lawa płynie. Wierzchnia warstwa szybciej się ostudza, gdy gorąca lawa wewnątrz jeszcze płynie. Ostatecznie wypływa cała zostawiając po sobie puste korytarze. Było też parę otworów, z których buchała jeszcze para. Wulkan cały czas jest aktywny, a ostatni duży wybuch był w 2005 roku. Ostatecznie doszliśmy do wulkanu Chico, gdzie można było zobaczyć różne kolory magmy. Wycieczka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. 


















Los Tuneles – To miejsce, gdzie można zobaczyć kanały w lawowych skałach z mostami i jaskiniami, na których rosną kaktusy. Miejsce jest jedyne w swoim rodzaju i niestety wiele z mostów już się pozapadało przez występujące w regionie drgania ziemi i erupcje wulkanów. Jest to też ciekawe miejsce do snurkowania, gdzie można spotkać żółwie, płaszczki, rekiny, a nawet koniki morskie. Nam podczas dwóch długich snurkowań udało się zobaczyć jedynie te pierwsze dwie pozycje i dodatkowo ogromnego homara. Na skałach dodatkowo można było spotkać miejscowe Blue Boobes. W drodze powrotnej do domu mieliśmy szczęście zobaczyć pingwina stojącego na skale i pływającą prawie na powierzchni mantę. Podobno jest ich dość sporo w tym regionie. Inna grupa miała szczęście z nimi snurkować. Może następnym razem się uda ; )











Praktycznie każdy dzień, gdy nie jechaliśmy na wycieczki, zaczynaliśmy od spaceru na Concha Perla – jest to naturalny basen, który tworzy się podczas odpływu. Przychodziliśmy tu zawsze między 8 a 9 rano, gdy nie było jeszcze turystów. Już pierwszego dnia przywitały nas 4 lwy morskie, z którymi udało się nam popływać,  na co liczyliśmy już od dłuższego czasu. Jest to chyba najlepsza rzecz, jakiej można doświadczyć na Galapagos. Młode lwy morskie są najbardziej skore do zabaw, są szybkie i nieobliczalne. Często podpływają do samej maski, czasem brzuchem do góry, by spojrzeć głęboko w oczy, puścić bąbelki powietrza prosto w twarz i uciec. Mieliśmy przyjemność pływać z nimi chyba z godzinę, często przy tym wybuchając śmiechem. 













Drugiego dnia w basenie pojawiły się pingwiny, które są drugimi najmniejszymi na świecie, a jedynymi żyjącymi na półkuli północnej. Mają one nieco ponad 40cm wzrostu i są bardzo szybkie i zwrotne. Wpadają do basenu na małe polowanie. Myśleliśmy, że już nic lepszego nie może się wydarzyć, aż nagle Madzik wypatrzyła z dala małego pingwina odpoczywającego i  pływającego przy powierzchni. Podpłynęła czym prędzej, ja dołączyłem po chwili. Pingwin pływał dookoła nas jakby nigdy nic. Był tak ciekawski, że w pewnym momencie dziobem zaczął stukać w obiektyw kamery ; )



Wyjeżdżając z wyspy żegnały nas wszechobecne lwy morskie ; )




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz