sobota, 17 stycznia 2015

Dakar

Wstajemy o 6 rano i zaraz po porannej toalecie wskakujemy na nasze maszyny, by pokonać 150 kilometrowy odcinek z Salty do San Antonio de los Cobres, gdzie dzisiejszego dnia kończy się odcinek specjalny dla wszystkich zawodników. Stąd motocykliści i quadowcy rozjeżdżają się na wieczór w inną stronę niż kierowcy aut i ciężarówek. Ci pierwsi są w trakcie 2-dniowego maratonu, gdzie w czasie nocy spędzanej w miejscowości Cachi są odseparowani od swoich mechaników i sami muszą poradzić sobie z ewentualnymi usterkami. Drudzy jadą do Salty, gdzie w parku maszyn czekają wszystkie ekipy serwisowe. Odcinek z Salty do San Antonio de los Cobres jest w połowie drogą szutrową, a w połowie asfaltową. Jest to odcinek dojazdowy po odcinku specjalnym dla ciężarówek i aut rejsowych. Droga prowadzi wśród dziwnych formacji skalnych i licznych gór porośniętych kaktusami i wznosi się o ponad 2 tyś metrów. Najwyższy punkt trasy przechodzi przez przełęcz na 4 metrów n.p.m. Do celu dojeżdżamy po godzinie dziewiątej. Na miejscu już jest sporo kibiców – głównie z Argentyny i pobliskiej Boliwii, z których duża część spędziła tu noc. Gringo prawie nie widać. My po zatankowaniu naszych małych motocykli, szybko znajdujemy rodzinę, u której kupujemy popularne tu kanapki z kotletem, Niestety rano na śniadanie nie było czasu, a i żadnej stacji benzynowej nie spotkaliśmy po drodze. Dojeżdżamy po bezdrożach pełnych kibiców do miejsca obok odcinka specjalnego, z którego będziemy oglądać wyścig.








Rozkładamy się obok boliwijskiej ekipy, która od razu częstuje nas browarem. Z wiadomości, które uzyskaliśmy dzień wcześniej, a których nie było czasu sprawdzić pierwsi zawodnicy mają pokazać się przed godziną 10tą. Na miejscu okazuje się jednak, że faktyczna godzina pierwszych przyjazdów to 14sta z minutami, a kiedy cały młyn będzie miał się zacząć, najpierw zobaczymy nadlatujący helikopter. Madzik w wolnej chwili spina plastikowymi trytkami białą poszewkę z czerwonym wodoszczelnym workiem. Jest ! Wreszcie mamy polską flagę ! Wyczerpani wczorajszym 850 kilometrowym odcinkiem pokonanym na naszych 125cc i krótką nocą, kładziemy się na zboczu górki przy trasie przejazdu. Gdy już usypiamy, nagle podchodzi do nas para Boliwijczyków i zaprasza do swojego grona na grilla. Bez namysłu dołączamy do ekipy. Boliwijczycy są dla nas jak rodzina. Są tak gościnni, że polska gościnność wysiada. Częstują nas baraniną, wołowiną, również występującą w Ameryce Południowej kaszanką. Rumem i wódką też nas częstują, jednak musimy wrócić jeszcze do domu, więc wyjątkowo odmawiamy. Prócz mięsa dostajemy od nich również flagę ich regionu Santa Cruz, do którego niestety nie dotarliśmy podczas naszej wycieczki. 









W czasie wspólnego imprezowania nagle Madzik wypatruje helikopter. Informacje szybko sprzedajemy Boliwijczykom, a Ci niosą informacje dalej. Wszyscy biegną do trasy i już po chwili pojawia się pierwszy zawodnik na motocyklu. Pędzi z niesamowitą prędkością, tuż za nim kolejni. Ja staram się cykać jakieś foty. Po jakiejś godzinie naszym oczom ukazuje pierwszy zawodnik na quadzie – Rafał Sonik. Pędzi jak oszalały. Niestety mimo prób, nie jesteśmy w stanie go zatrzymać. Krzyczymy Polska, nasi znajomi Boliwijczycy krzyczą Polonia, my odwdzięczamy się boliwijskimi okrzykami i impreza się kręci. Da się zauważyć różnicę prędkości w poszczególnych kategoriach między zawodnikami jadącymi w czołówce, a resztą. Około godziny 16tej wreszcie na horyzoncie pojawia się chmura pyłu, jakiej wcześniej nie widzieliśmy, a ludzie z daleka zaczynają krzyczeć: auto ! auto ! Już po sekundzie mknie obok nas pierwszy w generalce jadący Mini Al-Attayah. Za nim kolejni. Czasem odległości między nimi są tak małe, że aż dziwota, że Ci drudzy są w stanie jechać w tak wielkim pyle, a za nimi jeszcze ciśnie motocyklista. W między czasie nadjeżdża Hołek , Dąbrowski i inni polscy zawodnicy. Nie wszystkich niestety rozpoznaliśmy. Gdy na trasę wjeżdżają zawodnicy ostatniej kategorii w ciężarówkach zaczynamy powoli się zbierać do domu.










































Wsiadamy na nasze motocykle i kierujemy się na drogę, którą przyjechaliśmy. Jest to droga krajowa numer 15, która jest także dojazdówką do parku maszyn dla aut i ciężarówek. Pierwsze kilometry prowadzą po szutrze. Co chwile wyprzedzają nas wyścigówki, które ciągną za sobą kłęby pyłu. Możemy poczuć się jak wyścigu. Mimo, iż samochody nie jadą z maksymalną prędkością, a jedynie z tą dozwoloną, to wydają się pruć jak szalone przy naszych małych sprzętach, które ledwie jadą 60 na godzinę na wysokości pod 4 tysiące metrów n.p.m. W końcu szuter zamienia się w asfalt, a wymijającym nas ciężarówkom i autom biorącym udział w wyścigu nie ma końca. Apogeum radości przeżywamy, gdy stojący w małych grupach kibice przy drodze zaczynają machać też nam, myśląc że bierzemy udział w wyścigu. W chwili euforii wstaję na motocyklu i zaczynam odmachiwać. Naszej radości nie ma końca. Trasa znów wraca na szuter. Prócz ścigania się z prawdziwymi rajdowcami, ścigać musimy się również z miejscowymi, którzy w tym samym czasie w licznej grupie samochodów postanowili wracać z wyścigu do domów. Niestety im mimo braku umiejętności również włączył się tryb Dakar i wymijają na trzeciego i czwratego. Do wszechobecnego pyłu dołącza również deszcz i ostatni odcinek naszego również rejsu jedziemy w konkretnej burzy przejeżdżając przez większe kałuże i mniejsze rzeczki. 









Gdy dojeżdżamy już po ciemku w deszczu do Salty wpadamy na genialny pomysł odwiedzenia parku maszyn. Jedziemy już asfaltową drogą, która w pewnym momencie zaczyna prowadzić nas przez zabezpieczony przez policję i zamknięty dla aut odcinek miasta. Zatrzymującemu nas policjantowi krzyczymy, że my z dakaru i ten nas puszcza. Jedziemy prawie pustą ulicą wypełnioną tylko na brzegach przez kibicujących miejscowych. Poruszamy się za dakarową ciężarówą. Kibice wiwatują z każdych stron, również nam. Widać, że to wielki moment dla Salty. Wielki tez dla nas. Roześmiani w kaskach cieszymy się niezmiernie. Przez chwilę możemy poczuć się jak gwiazdy. Kontynuujemy naszą jazdę za ciężarówką aż do bramy wjazdowej parku maszyn, gdzie w ostatniej chwili zatrzymuje nas ostatni ochroniarz i każe zawrócić. Ah, a prawie się udało :D


Parkujemy motocykle blisko wjazdu i pędze zagadać do organizatorów. Niestety bez specjalnych zaproszeń i przepustek nikt nie jest w stanie dostać się na teren parku maszyn. Zagdauję do kogo się da, niestety nikt nie odpuszcza i nie chce nas wpuścić. W tym czasie Madzik stojąca w swych brudnych motocyklowych ciuchach w grupie kibiców, zostaje szturchnięta przez małą dziewczynkę w prośbie zrobienia sobie zdjęcia. Po chwili do Madzika ustawia się już kolejka chętnych na fotkę. Nie ma się co dziwić w sumie miejscowym. Jesteśmy jedynymi gringo, którzy stoją na zewnątrz bram. W końcu Madzik ucieka i oboje stoimy przy organizatorach w namiocie, w którym sprawdzane są przepustki zawodników. Co chwilę podjeżdżają tu grubo spóźnieni kierowcy. Niektórzy z nich mimo późnej pory i setek przejechanych kilometrów wciąż mają siły na uśmiechy i żarty. W między czasie z bramy znika na chwilę ochroniarz pilnujący wejścia. Jeszcze raz pytamy jednej z organizatorek, czy możemy w takim razie wejść. Gdy odpowiedziała, że Ona nic nie widzi i zasłoniła oczy ręką, bez namysłu wbiegliśmy na teren parku.



Wbiegając po kałużach w obfitym deszczu do parku wiemy, że nie spotkamy tu już kierowców zbierających siły na kolejny dzień zawodów. Udaje się nam za to zamienić parę słów z ekipy serwisowej motocyklistów z Orlenu. Po drodze spotykamy jeszcze paru mruków z innej polskiej ekipy i wreszcie trafiamy do serwisantów Rafała Sonika. To chyba najpozytywniejsza ekipa polska, jaką tu spotykamy. Dowiadujemy się pare ciekawostek o rajdzie. Sam park maszyn przytłacza i zaskakuje nas swoim ogromem. Jest tu tyle maszyn, tyle ludzi, tyle aut serwisowych i kamperów, w których śpi część zawodników. Większość aut jest właśnie naprawianych w namiotach serwisowych, podczas gdy kierowcy już dawno śpią. Udaje nam się też znaleźć Mini od Hołka, które właśnie wróciło z jazdy testowej. O godzinie 11 wieczorem zbieramy się do domu. 








Z ciekawostek dodać jeszcze można, że za Dakarem kryją się wielkie pieniądze. Samo uczestnictwo w wyścigu to już wielki koszt nieosiągalny dla statystycznego Kowalskiego. W przypadku motocyklisty koszt samej rejestracji w zawodach to 14800 euro. W cenie zawodnicy mają zagwarantowane: transport pojazdu z Europy i z powrotem, rejestrator GPS, paliwo na odcinki specjalne, wyżywienie, opiekę medyczną i ubezpieczenie. Koszt dla auta z kierowcą i pasażerem to 25100 euro, ciężarówkę z dwoma kierowcami i mechanikiem cena zaczyna się od 37300 euro. Mowa tu o cenach bez ekipy serwisowej, gdzie za każdego członka ekipy płaci się od 9000 euro wzwyż + auto serwisowe od 2500 euro. Łączna cena motocyklisty/quadowca z ciężarówką serwisową i 4 dodatkowymi osobami to koszt około 43000 euro. Dla auta koszt około 80000 euro. Ekipa Rafała Sonika w tym roku jest liczniejsza. Do tego należy doliczyć przeloty wszystkich uczestników i ich pensje , noclegi przed i po dakarze. Nie zapomnijmy również o cenie maszyn, części zamiennych, które również są sporym wydatkiem. Koszt wypożyczenia Nissana Navary dla Krzysztofa Hołowczyca w 2010 wyniósł 500000 złotych. Mając sponsorów wydatki nie są tak straszne, nie zapomnijmy jednak, że nie wszyscy zawodnicy ich mają. Zaskakujące jest również to, że wygraną jest statuetka beduina, przede wszystkim prestiż i trochę udogodnień w następnym roku. Nie ma wygranej pieniężnej.



Dakar przysparza wielkich emocji. Na pewno było warto jechać tu non stop przez 3 dni, by to zobaczyć. Mimo iż prawie niemożliwością dla zwykłego szaraka bez przepustki jest zobaczyć rejs na odcinku specjalnym i przybić piątkę na szczęście biorącym w rejsie zawodnikom w tym samym dniu.

1 komentarz:

  1. Artek Artek..aleś się rozpisał!:)
    Madzik na Dakar! Bądz jak Martyna Marta Wojciechowska!:)

    OdpowiedzUsuń