poniedziałek, 12 stycznia 2015

Urugwajskie wybrzeże

Po świętach w Buenos decydujemy się wskoczyć na prom do Urugwaju, żeby nieco skrócić trasę. Ze względu na niekorzystny oficjalny kurs dolara zrezygnowaliśmy z rezerwacji przez internet. Niestety w argentyńskim biurze jedynego operatora obsługującego połączenia Buquebus w przed dzień wyjazdu okazuje się, że obcokrajowcy mogą płacić tylko w obcej walucie po oficjalnym złodziejskim kursie. Suma summarum za 3 godzinny rejs promem na najkrótszej trasie z Buenos do Colonii w Urugwaju płacimy po około 500zł za motocykl z kierowcą. Odprawę paszportową argentyńską i urugwajską zaliczamy jeszcze w Buenos przed wjazdem na prom.

Po dopłynięciu do Urugwaju ruszamy po wybrzeżu w stronę stolicy Montevideo. Po przejechaniu niecałych 200 kilometrów dojeżdżamy do stolicy Urugwaju, w której jednak nie zatrzymujemy się nawet na chwilę. Miasto nie wydało nam się zbyt ciekawe, a i na próżno szukać w nim specjalnie turystycznych atrakcji. Dotychczas krajobraz przypominał nam polskie drogi z łąkami dookoła z tą różnicą, że na czasem widać było palmy. Od Montevideo zaczynają się dopiero fajne, przypominające nasze polskie plaże. Nasza droga prowadzi wzdłuż wybrzeża i wszystkie plaże zdają się być wypełnione po brzegi. Nie ma nic w tym dziwnego, ponieważ właśnie w Urugwaju zaczął się okres wakacji, podobnie jak w Brazylii i Argentynie. Właśnie najwięcej turystów zjeżdża tu z tych dwóch sąsiednich krajów.


Dojeżdżamy do Punta del Este, która znana jest głównie ze swych plaż, restauracji, życia nocnego. Miasto to swego czasu było nazywane Monaco Ameryki Południowej. Wzdłuż plaży wybudowano mnóstwo hoteli i apartamentowców. Miejscowość jest bardzo turystyczna i ceny są tu o połowę wyższe niż w innych turystycznych miejscówkach Urugwaju. Zatrzymujemy się tu tylko po to, by spotkać naszą koleżankę mieszkającą w Urugwaju i zrobić sobie zdjęcie z "Ręką". Powstała ona podczas Międzynarodowego Spotkania Rzeźby Nowoczesnej w Punta del Este w 1982, a jej twórcą jest Mario Irarrázabal. Główną ideą tonącej ręki miało być ostrzeżenie ludzi przed występującymi tu dość silnymi prądami morskimi i falami. Autor w późniejszych latach zbudował repliki, bądź podobne dzieła w Wenecji, Madrycie czy na Pustyni Atacama. Tą ostatnią mieliśmy okazję już wcześniej widzieć.






La Pedrera to mała surferska miejscówka, z dużą plażą i jedną główną ulicą, na której mieszczą się wszystkie sklepy i knajpy. Nie ma tu wysokich budynków i super klubów nocnych, ale jest relaks i dużo miejsca na plaży. Znajdujemy tu kamping Ecologico przy plaży Punta Rubia, na którym decydujemy się zostać 4 noce. Mimo tego, że jest pełny każdy ma tu swoją przestrzeń ze stolikiem i miejscem na grilla. W nocy można posłuchać koncertu miauczących żab przy pobliskim potoku. Gdy Madzik odpoczywa na plaży, mi udaje się zaliczyć lekcję surfingu z bratem naszej koleżanki Patrycji, który prowadzi tu szkołę surferską La Pedrera Surfing School.



Tutaj też spędzamy sylwestra. Na głównym wzgórzu w mieście i końcu jedynej turystycznej ulicy o północy zebrało się trochę osób by puścić parę fajerwerków, obeszło się jednak bez wielkich tłumów i wielkich pokazów sztucznych ogni. Główna feta zaczęła się podobno dopiero po 2 w nocy, ale tą przespaliśmy już w namiocie. W Urugwaju, czy Argentynie imprezy zaczynają się dopiero grubo po północy, ludzie zbierają się koło 2 nad ranem a imprezę kończą zazwyczaj o 6 lub  rano.




Cabo Polonio to półwysep, na którym znajduje się latarnia i małe miasteczko, w którym żyje mała hipi społeczność. Miasteczko znajduje się na terenie prywatnym i jest pozbawione prądu. Jedynie latarnia jest tu podpięta do sieci. Półwysep jest również rezerwatem dla lwów morskich, które zamieszkują skały znajdujące się przy latarni. Silne fale przy pięknej plaży przyciągają także surferów. Półwysep znajduje się jakieś 6 kilometrów od głównej drogi. Można się tu dostać 4x4 ciężarówką, której droga wiedzie przez pobliskie wydmy piaskowe, bądź trzeba zaliczyć 3 godzinny spacer po plaży. My wybieramy szybszą i płatną pierwszą opcję W sezonie letnim miejsce wypełnia się turystami i niestety skutkuje to tym, że po 2 godzinach bezowocnego szukania noclegu, decydujemy się opuścić miejsce. Niestety nie ma tu kamping, a na dziko rozbić legalnie się nie da. Dla bardzo lubiących turystyczne spędy jest opcja, by rozbić się jakiś kilometr od plaży, albo w wydmach piaskowych po zmroku, gdy strażnicy skończą obchód. Przed wyjazdem z miasteczka spotykamy przez przypadek znajomych z Norwegii.







Zaliczamy również Punta del Diablo, gdzie znajdujemy kamping, na którym zostajemy dwie noce. Natłok ludzi jest tak spory, że namioty są pościskane przy sobie niczym na festiwalu Heineken Opener. Punta del Diablo to imprezowa miejscowość, do której zjeżdża chyba najwięcej młodych. Na próżno szukać tu na plaży rodziców z dziećmi czy starszych osób. Na plaży znajduje się knajpa, w której codziennie w ciągu dnia dj rozkręca imprezę.



Na koniec wycieczki po Urugwajskim wybrzeżu zaliczamy jeszcze 2 noce w Parku Narodowym Santa Teresa, gdzie znajduje się kilka ładnych plaż, stara twierdza. Rozbijać z namiotem można się w wyznaczonych miejscach w lesie. Mamy wrażenie, że z Parkiem Narodowym ma to miejsce niewiele wspólnego. Codziennie wieczorem ludzie ciągną za sobą gałęzie, pieńki. Chodzą z piłami i maczetami do lasu, by później rozpalić ognisko w dowolnym wybranym przez siebie miejscu, by noc skończyć w znajdującym się tu klubie. Generalnie fajne miejsce. Można bez problemu jeździć po piwo na motocyklu bez kasku mijając po drodze miejscowy posterunek policji.













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz