wtorek, 6 stycznia 2015

Ushuaia - koniec świata

W Punta Arenas wjeżdżamy na prom płynący przez Cieśninę Magellana do Porvenir i już po 3 godzinach docieramy do Ziemii Ognistej. Ta zawdzięcza swą nazwę poświacie, jaką widzieli na brzegu żeglarze płynący na statkach. Światło prawdopodobnie pochodziło od ognisk rozpalonych przez tubylców. Z Porvenir jedziemy ponad 130 kilometrowym odcinkiem szutrowej drogi do przejścia granicznego  w San Sebastian, by znów znaleźć się w Argentynie. Poznajemy tu dwóch Polaków Jasia i Tomka pędzących z Alaski do Ushuaya. Stąd już tylko 300 kilometrów asfaltu dzieli nas od najbardziej wysuniętego na południe dużego miasta na świecie. Niestety napotkane po drodze pola namiotowe są jeszcze zamknięte. Decydujemy się na nocleg w Rio Grande, by ostatni podobno najładniejszy odcinek drogi zrobić już na spokojnie rankiem następnego dnia. Ostatnie 100 kilometrów prowadzi piękną krętą drogą wśród wysokiej roślinności, której na argentyńskim wybrzeżu Patagonii praktycznie nie ma. Po drodze mijamy nieczynne już po sezonie kurorty narciarskie. Pogoda niestety się pogarsza, w wyższych partiach gór widać śnieg,  po chwili w niższych też i w końcu zaczyna padać śnieg z deszczem. Zziębnięci dojeżdżamy wreszcie do Ushuaya, gdzie w hostelowym pokoju czekają już z zarezerwowanym wcześniej pokojem spotkani wcześniej Agata i Tomek.


 Jeszcze tego samego dnia zaliczamy krótką rundkę po mieście. W samej Ushuaya nie ma za bardzo co robić, a miasto nie zachwyca niczym szczególnym, poza tym że jest na samym południu kontynentu i tu kończy się właśnie wiodąca aż z Alaski słynna Panamericana.  Po całej okolicy porozstawiane są kontenery, które rzucają się na pierwszy rzut oka, gdy wjeżdża się do miasta.Odwiedzamy również jedno z biur z podobno najlepszymi ofertami last minute wycieczek na Antarktydę. Niestety znalezione oferty w internecie z przed kilku lat nijak się mają do ofert w środku sezonu świątecznego, gdzie za jedyna 6000 USD można wybrać się w rejs 3 tygodniowy na pokładzie wielkiego wycieczkowca. Jest też możliwość popłynięcia za 4000 USD po wpisaniu się na długą listę oczekujących, lub kilkudniowa wycieczka dla ubogich na Przylądek Horn za jedyne 1200 USD. Po przeliczeniu drobniaków w kieszeni decydujemy się jednak odpuścić arktyczną eskapadę ze starymi Niemcami i jeszcze tego samego wieczoru lądujemy na kolacji z naszymi polskimi znajomymi, by spróbować mięso kraba królewskiego.


Z miejscowych atrakcji można wybrać między innymi przeprawę przez Kanał Beagle do miasteczka Puerto Williams za jedyne 100 USD w jedną stronę. Wszystko pięknie i ładnie, tylko tam do roboty jeszcze mniej niż w Ushuaya, a wrócić jakoś trzeba. W naszym odczuciu to miejsce dla ludzi, którzy nie mają akurat co zrobić z 200 dolarami a chcą być jeszcze bardziej na południe niż inni. 

Innymi atrakcjami są  też Tren del Fin del Mundo - kolejka wybudowana na trasie starej kolei towarowej, którą przejazd trwa około 45 minut. Można też wspiąć się na pobliski lodowiec Martial, czy 3 godzinny spacer do Laguny Esmeralda podczas którego zobaczyć można zobaczyć bobrze tamy, a nawet i same bobry i trochę innych zwierząt.  My zdecydowaliśmy się wybrać ostatnią z atrakcji i wspólnie z Tomkiem i Agatą. Mimo iż bobrów nie znaleźliśmy, to wycieczkę można zaliczyć do udanych, bo tamy zrobiły na nas duże wrażenie.







Na koniec pobytu w Ushuaya nie mogliśmy się powstrzymać, by nie zrobić zdjęcia przy największej chyba atrakcji tego miejsca, a mianowicie znaku "Ushuaya koniec świata", który jest poniekąd celem wielu turystów, rowerzystów czy innych motocyklistów. Mimo iż nie ma w Ushuaya zbyt wiele ciekawych rzeczy do robienia i zobaczenia, a miasto jest głównie bazą wypadową turystów płynących na Antarktydę to i tak warto tu bywać :D


I jeszcze na koniec Madzik czekająca na prom zabierający nas na stały ląd z Ziemii Ognistej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz