Ostatniego dnia w Potosi przy śniadaniu
poznajemy Felixa i Justin z Australii, którzy podobnie jak my
zakupili motocykl w Santiago i zrobili podobną trasę by wreszcie
zaparkować swoją małą Hondę CGL 125 obok naszych sprzętów w
hostelowym salonie. Po krótkiej rozmowie decydujemy się nieco
zmienić nasze plany i pojechać na 3 motocykle do Sucre.
Sucre jest konstytucyjną stolicą
Boliwii, w której mieszczą się główne organy administracji
państwowej. Miasto podobno dość urokliwe, może na boliwijskie
warunki zostało wpisane na listę Unesco. Wielu gringo zostaje tu na
dłuższy czas i korzysta z najtańszych lekcji hiszpańskiego w
Boliwii. My podczas dziennego spaceru zaliczamy wszystkie miejscowe
atrakcje , w tym miejscowy market, gdzie panie skryte za ścianą
owoców serwują przeróżne napoje, szejki i ogromne owocowe
sałatki. Zaliczamy również dość urokliwy cmentarz i kończymy
dzień przy zachodzie słońca w jednym z punktów widokowych z
widokiem na panoramę miasta.







Najszybszą drogą łączącą dwie
stolice jest asfaltowa trasa numer 1, która wiedzie przez Potosi. Z
racji tego, że nie chcemy się cofać decydujemy się wybrać
alternatywną drogę numer 6 pozbawioną asfaltu. Felix w swoim
motocyklu decyduje się wymienić opony na bardziej offroadowe w
miejscowej motocyklowej dzielnicy. Jak się okazuje decyzja była jak
najbardziej trafna, bo już po kilku kilometrach jazdy z drogi znika
asfalt, a my pakujemy się w głębokie i śliskie błoto. Po przejechaniu ponad 100km po drodze
raz pełnej błota, raz kamieni, minięciu kilku strumieni walcząc z
obfitym deszczem, a czasem i gradem ku naszemu zdziwieniu nasza droga
się kończy. Zaledwie 4km przed miejscem, do którego chcieliśmy
dojechać ze względu na obfite opady miejscowa rzeczka wylała i na
drodze zrobiła się wielka kałuża uniemożliwiająca przejechanie
drogi. Po obu stronach jeziora poustawiane kolejki samochodów.
Niestety poziom wody sięga tu prawie metra. Jeden ze śmiałków po
ataku swoim 4x4 ugrzązł na środku i po jakimś czasie udało mu
się wrócić na swoją stronę bajora. Felix zalicza głęboką
kąpiel.. My z motocyklami odpuszczamy i czekamy na lepsze czasy. W
między czasie do naszej paczki dołącza samochodem para z Niemiex,
z którymi wspólnie robimy herbatę. Opady ustały i podobno po 2
godzinach stan wody ma opaść. Decydujemy się czekać. Niestety z
2h robią się 3, zapada zmrok a woda dalej stoi. Decydujemy się
przeczekać do rana i rozbić namiot. Nagle znienacka zjawia się
miejscowy motocyklista i przejeżdża bez niczego naszą wodną
barierę. Madzik szybko pakuje namiot, a ja po kilku minutach
wyskakuje z gaci i śladem motocyklisty przejeżdżam na drugą
stronę. Powtarzam tą jazdę jeszcze dwoma pozostałymi bajkami, a
para z Niemec autem przewozi resztę naszej grupy na drugą stronę
wody, która już opadła o dobre pół metra. Tej nocy wszyscy
zaliczamy nocleg w miejscowym dormitorium z pijanymi lokalsami i
chyba najdroższym w Boliwii piwem.









Następnego dnia do La Paz pozostaje
nam ponad 450km i przy naszym żółwim tempie po 40km decydujemy się
skręcić w miejscowości Macha na asfalt. Tego dnia robimy 80km po
offroadzie i 90 km po asfalcie dojeżdżając do miejscowości
Chalapata. 2 godziny później dołączają do nas Australijczycy,
którzy jadą nieco wolniej.
Ostatniego dnia po ponad 8godzinnej
jeździe w deszczu i przejechaniu 350km asfaltem dojeżdżamy do
drugiej stolicy Boliwii – La Paz, w której mieści się boliwijski
rząd. La Paz jest najwyżej położoną na świecie stolicą. Po
nocach przespanych w różnym warunkach znajdujemy miejsce dla nas i
naszych motocykli w hostelu Wild Rover. Hostel nie podobny do żadnych
innych, jakie w życiu widziałem. Wylęgarnia gringo – mieści się
tu nawet pub, w którym można zjeść europejskie posiłki i napić
się Guinessa. Co noc odbywają się imprezy, a część podróżników
spędza tu całe dnie. My zostajemy tu na parę dni, bo w planach
mamy parę wycieczek dookoła La Paz.





Na ostatnich dwóch zdjęciach miejscowe Cholity przyodziane w sporą ilość halek, co sprawia że paniom jest cieplej i wyglądają jakby miały większe biodra - są zdrowsze i zdolne do rodzenia sporej gromady dzieci. Owe damy mają również na głowach kapelusze, które nie mają konkretnego zastosowania - ani nie chronią przed słońcem, ani przed deszczem. Wiąże się z nimi kilka historii. Jedna z nich jest taka, że wkurzony mąż wychodząc z domu rzucił swój kapelusz na podłogę. Kobieta podniosła go, włożyła na głowę i tak się jej spodobało, że zaczęła w nim chodzić na co dzień. Gdy reszta kobiet zobaczyła ową damę na ulicy szybko zaopatrzyła się w swoje garnki : )