wtorek, 10 grudnia 2013

Ruta de las Lagunas

Po zaopatrzeniu się w mapy i instrukcje znalezione w internecie, zapasy jedzenia, 20litrów wody, pełne zbiorniki i dodatkowe 20 litrów paliwa wyruszamy rankiem w stronę Boliwii, by przemierzyć ok.550 kilometrową trasę Lagun prowadzącą do salaru Uyuni. Jeszcze w San Pedro załatwiamy odprawę paszportową i celną. Po 40km jazdy pod górkę zjeżdżamy w stronę granicy z Boliwią. Po paru kilometrach zatrzymujemy się przy strażnicy policyjnej , gdzie dostajemy boliwijskie pieczątki. Ubita droga prowadzi wsród licznych lagun i finezyjnych gór. Po 80km wjeżdżamy na 5000 metrów do miasteczka Apacheta by dokończyć papierkową robotę w tutejszej Aduanie – urzędzie celnym. Od tego momentu już legalnie możemy poruszać się po Boliwii. Tego samego dnia jeszcze przed zachodem słońca udaje nam się dojechać do mieniącej się w czerwieni Laguny Colorada, gdzie zaliczamy nasz pierwszy na trasie nocleg w namiocie.










Drugiego dnia ruszamy dalej na północ i tu zaczyna się najgorsze 80km trasy. Niestety potwierdziły się opinie, że najlepszy odcinek drogi prowadzi tylko do Laguny Colorada. Pierwsze 10km to droga pnąca się w górę w głębokim piachu. Ciężko tu znaleźć kawałek gruntu, w którym nie zakopywałyby się nasze małe sprzęty. Niejednokrotnie musimy zsiąść z maszyn i je pchać, czasem we dwójkę. Reszta drogi to wciąż jazda po piachu i szukanie twardszych odcinków drogi w labryncie śladów zostawionych przez jeepy. Właśnie one są tu głównym środkiem lokomocji, którym poruszają się turyści. Często z mknących obok nas jeepów zauważamy tylko wystające obiektywy aparatów. Najczęściej bez postoju i rozmowy jesteśmy tylko fotografowani niczym małpy w zoo : ) Na trasie spotykamy kilka grup rowerzystów – w tym Szwajcarów jeżdżących już po świecie na dwóch kółkach od 9 lat. Rowerzyści zdają się częściej pchać rowery niż na nich jechać. Tego dnia zaliczamy nocleg pod skałą zaledwie po 40 km jazdy. 









Trzeciego dnia zaliczamy skalne drzewo, dojeżdżamy do remontowanego hotelu, gdzie uzupełniamy zapasy wody dzięki uprzejmości jednego z robotników. Po drodze zaczyna nieźle wiać, a na horyzoncie co chwile tworzą się nowe trąby powietrzne, mniejsze bądź większe, które po czasie wygasają. Po kilkudziesięciu kilometrach wreszcie dojeżdżamy do pierwszej z grupy lagun. Magda orientuje się, że jedna z wód w torbie zaczęła wyciekać. W popłochu staram się pomóc zostaiając motocykl z aparatem na siedzeniu. Jeden podmuch wiatru i motocykl leży, a w aparacie uszkodził się obiektyw. To nie pierwsza gleba motocykla na tej trasie i nie ostatnia. Przy jednej z kolejnych lagun znajdujemy hostel Los Flamingos, w którym decydujemy się zostać, z racji na burzliwą pogodę, mokre ciuchy i śpiwory zalane przez wodę znajdującą się w torbie. Innym sekretnym powodem pozostania w hostelu był fakt, że Madzik właśnie dziś obchodzi swoje 18ste urodziny : ) Hostel ekoloiczny jest dość specyficzny z racji tego, że znajduje się w ścisłym zadupupiu parku i brak tu linii elektrycznej. Zasilany jest głównie z baterii słonecznych, w pokojach brak gniazdek. W naszym pokoju za to mamy kibel z widokiem na lagunę pełną flamingów. Wieczorem na dwie godziny włączany jest generator i można nawet korzystać z internetu.



 








Czwartego dnia mijamy po drodze aktywny wulkan Ollague wyrzucający z siebie kłęby pyłu i  po ok.130 km dojeżdżamy do miasteczka San Juan, gdzie spotykamy grupę motocyklistów z Chile. Jest to zorganizowana wycieczka, która wystartowała z Calamy do Uyuni. Motocykliści za 4 dniowy przejazd po całkiem niezłej drodze , nocleg, wsparcie techniczne i wyżywienie oraz transport motocykli do miejsca przeznaczenia płacą ok. 4500zł. W San Juan spotyakmy również trójkę rowerzystów, w tym rodaka Artura z Kielc, który po Ameryce południowej jeździ już kilka dobrych miesięcy. Drugim rowerzystą jest starszy Anglik, który wynajął swoje mieszkanie i sprzedał motocykl, by podróżować na rowerze przez 2 najbliższe lata. Trzecim gościem jest pozytywny Hiszpan, który przyjechał do Chile z pracy na delegacje i przy okazji zrobił sobie 2 tygodniowy urlop na tej samej trasie co my. 











Piątego dnia dojeżdżamy już do salaru Uyuni, ale o tym w następnym poście.

Bilans przejazdu: Trasę, którą jeepy robią w 3 dni, rowerzyści w 10, my zrobiliśmy w 5. Madzik w glebach wygrała ze mną 5:4. Same motocykle leżały parę razy więcej. Prócz kilku siniaków, niepełnosprawnej ręki Madzik, przytopionych spodni i stłuczonego lusterka większych szkód brak. Na całej trasie nie spotkaliśmy żadnego motocyklisty. Widzieliśmy może z 15 rowerzystów i całą masę jeepów.. Była to całkiem niezła szkoła jazdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz